Od czasu do czasu mam okazję przemierzać Polskę samochodem zarejestrowany gdzieś za granicą. Pierwsza obserwacja jest dla nas, Polaków nad wyraz budująca – na drodze w stosunku do obcokrajowców jesteśmy bardziej uprzejmi i wyrozumiali…

„Zastaw się, a postaw się”, „Gość w dom, Bóg w dom” czy w końcu słynna polska gościnność (słynna głównie u nas, bo za granicami kojarzymy się z różnymi innymi, nie do końca miłymi rzeczami) – jako nacja chcemy wierzyć, że „na zewnątrz” jesteśmy miłymi ludźmi, bez uprzedzeń, kompleksów i płynących z nich agresywnych zachowań. Taki ulepszony trochę wizerunek mamy zakodowany w głowach, w końcu kto chce sam przyznać się do tego, że czasem wychodzi z niego zwykły burak?
Mieszkam pod Warszawą. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że mogę dojeżdżać do pracy koleją, przynajmniej teoretycznie. Czasem jednak, gdy niepunktualność Kolei Mazowieckich rozpala mnie do białości (– Kiedy będzie pociąg do Warszawy? – Nie wiem, skradziono trakcję pod Radomiem…) przesiadam się do samochodu.

Od kilku dni mam tą przyjemność, że moim środkiem komunikacji jest śliwkowy Cadillac CTS z napędem na obie osie. 311 koni pod maską w tempie ekspresowym opróżnia zbiornik paliwa, ale poza tym auto jest bez zarzutu. Oprócz wszystkich uprzyjemniających jazdę gadżetów ma jeszcze coś ekstra – węgierskie tablice rejestracyjne. Powiedzieć, że lubię ten samochód właśnie dlatego byłoby dla tej skądinąd świetnej limuzyny krzywdzące, ale ilekroć dostaję do testu samochód zarejestrowany gdzieś poza Polską, patrzę przez przednią szybę i widzę zupełnie inny kraj… Naprawdę!

Wąska dróżka przez osiedle domów jednorodzinnych. Ograniczenie do 30 km/h. Nie ma się co oszukiwać – nawet ci, co stawiali tam te znaki wiedzieli, że nikt z taką prędkością tam jeździł nie będzie. Inżynierowie ruchu wiedzą, że „trzydziestka” w praktyce daje najczęściej 50-60 km/h, chodzi o to, by nikt tam nie jeździł „setką”. Mój „węgierski” CTS „otwiera peleton” zmierzających do stolicy aut. Czarny Passat kombi, którego znam już z widzenia, tym razem nawet nie próbuje mnie wyprzedzać. Gdybym jechał tam prywatnym autem (albo nie daj Boże moim 40-letnim dużym Fiatem), z pewnością dostałbym już kamieniem spod koła wyprzedzającego mnie poboczem samochodu z podkładką firmy leasingowej pod tablicą. Wiadomo, jak droga jest wąska, pobocze też się przyda, a firmowe auta (bez względu na markę) są wyjątkowo odporne na uszkodzenia. A tym razem nic! Passat zwiększa nawet odległość do mnie i do Puławskiej (jedna z głównych ulic wychodzących na południe od Warszawy) mam żółtą koszulkę lidera, wcale się o nią nie starając!

Zatrzymuję się na stacji, tankuję i próbuję wyjechać z powrotem na Puławską – mimo dużego ruchu czarne Mondeo od razu robi mi miejsce. Za chwilę włączam kierunkowskaz, chce zmienić pas i… kolejny cud! Pan z białego Sprintera miga mi światłami, żebym wjeżdżał przed niego. Nie wierzę własnym oczom. Cholera, może by zarejestrować prywatny samochód na Węgrzech?

Szkoda tylko, że tacy mili nie jesteśmy już w stosunku do samych siebie. Dobrze, że przynajmniej w oczach obcokrajowców wypadamy lepiej niż w rzeczywistości…
Piotr Burchard