Kiedy publikuję ten wpis, w halach paryskiego salonu samochodowego przy Porte de Versailles na pewno krążą jeszcze ludzie z obsługi, na obrotnicach stoją auta i wciąż palą się światła. Odwiedzających jednak od kilku godzin już nie ma… Dziś 19 października – kolejny salon w Paryżu uważam za… zamknięty!

Organizowany zamiennie co 2 lata z salonem frankfurckim “Paryż” to największa tegoroczna impreza motoryzacyjna na świecie. Nie wiemy jeszcze, ilu było w tym roku gości (na statystyki przyjdzie czas później), nie o tym chcę tu dziś pisać.

Zwyczajowo tego typu wystawy, zanim otworzą swoje podwoje dla zwykłych zwiedzających, na 2 dni oddawane są w ręce sfory dziennikarzy, którzy bez udziału widzów mogą spokojnie przyjrzeć się światowym nowościom, by w mnie lub bardziej zgrabnych relacjach donieść o nich żądnemu newsów światu. Tyle teoria, a jak salon motoryzacyjny wygląda od kuchni?

W tym roku zdecydowałem się zrobić mały eksperyment i przymocowałem sobie do paska spodni steper – licznik kroków, który pod koniec dnia miał poinformować mnie, jaki dystans pokonałem. Salon paryski zajmuje 6 naprawdę dużych hal wystawowych, a ja od lat zastanawiam się, ile przeciętny redaktor przemierza dziennie kilometrów, zachwycając się pokazywanymi samochodami.

Przyjąłem, że na 1 m wchodzą dwa kroki. Pod koniec dnia na cyfrowym liczniku znalazłem liczbę 24 tys. kroków. Uwzględniając błąd pomiaru (zakładam, że krokomierz zawyża, a nie zaniża przebytą odległość) wychodzi mniej więcej 10-12 km. Drugiego dnia prasowego odnotowałem podobny wynik. Dużo? Szczerze powiedziawszy zawsze stawiałem, że jest to o wiele więcej – zazwyczaj po dwóch dniach prasowych chudnę przynajmniej 1-1,5 kg, w tym roku wyjątkowo nic! Fakt, bite 4 godziny (a więc prawie połowę dostępnego pierwszego dnia prasowego czasu) spędziłem w biurze prasowym tępo patrząc się w pasek pokazujący, ile zdjęć zdążyłem przesłać do redakcji. Gdybym te 4 godziny poświęcił zgodnie z założeniem na oglądanie aut, z pewnością wynik byłby bardziej imponujący. A co mają powiedzieć operatorzy kamer, którzy na barkach noszą kilogramy sprzętu?

Pytacie więc, po co tam jeżdżę? Przypominają mi się słowa Kwinty z “Vabanku”, gdy Moks pyta go, dlaczego obrabował tyle banków. “Bo tam były pieniądze…”.

O niezapomnianych wrażeniach z pierwszej w moim życiu wizyty na salonie paryskim 8 lat temu już wkrótce!

Relacja z salonu na: www.paryz2008.auto-swiat.pl

Piotr Burchard