Rosyjskie i gruzińskie MSZ-y prześcigają się w doniesieniach o liczbie cywilnych ofiar w Gruzji i Osetii. W zeszły weekend wczesnym rankiem jechałem samochodem nad morze. Trochę się zdziwiłem, że na pomysł wyjazdu przed 4.00 rano wpadło aż tylu mieszkańców Warszawy (na Wisłostradzie panował naprawdę duży ruch). Trudno, nie ma wyjścia i rozsądnych dróg alternatywnych. Pozostaje krajowa „siódemka” – to też miejsce wojny, tyle że mniej spektakularnej. Ofiary? Co roku w Polsce ginie na drogach 5,5 tys. osób. Nie znam ostatnich doniesień z Kaukazu, ale wydaje mi się, że ta liczba jeszcze nie została przekroczona. Oczywiście, tam tyle osób zginęło w kilka dni, niby liczby są ze sobą niezestawialne, ale gdy zdaję sobie sprawę, że w Polsce na drogach w jeden miesiąc ginie tyle samo ludzi co w Szwecji przez cały rok, przeżywam szok.
Największe polskie bitwy toczą się w weekendy. Słyszałem kiedyś zdanie, że Polak gdy wsiada do samochodu zachowuje się tak, jakby szedł na wojnę. Coś w tym jest, a najgorsze jest to, że sam u siebie widzę takie symptomy. Uspokoiłem się znacznie po urodzeniu dziecka, ale w ostatni weekend demony znów się obudziły!
Do Łeby z Piaseczna jest 480 km – niby niewiele, mój Peugeot 308 miał 140 koni pod maską, było sucho, więc nie powinno być żadnych problemów, żeby np. szybko (a więc bezpiecznie) wyprzedzić ciężarówkę. Ale „siódemka” po raz kolejny mnie zaskoczyła. Tylu niebezpiecznych sytuacji na raz nie widziałem już dawno. Rozumiem wszystko – nie ma dróg, wszyscy się spieszą, ale trzeba zadać sobie fundamentalne pytanie: czy z tego powodu, że budowa dróg się ślimaczy mamy zginąć? O bezmyślnej jeździe powiedziano już dużo i kolejny czarny weekend na drogach na nikim już nie robi wrażenia (gdy w jeden lipcowy zginęło blisko 40 osób czołówki poniedziałkowych gazet pisały dylemacie lektorów czytających zagraniczne filmy).
Patrole? O tak wczesnej godzinie widziałem tylko jeden, z resztą wszyscy mają CB radia (nie ukrywam, że ja też), więc kilka kilometrów wcześniej wszyscy wszystko już wiedzą. Z resztą, chodzi mi o coś zupełnie innego. Wiem, że podwójna ciągła to nie mur, a dopuszczalna prędkość jest wielokrotnie przekraczana – gramy tak, jak pozwala przeciwnik. Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem. Chodzi mi tylko o zachowanie odrobiny zdrowego rozsądku – wyprzedzanie na niewidocznym zakręcie czy pod górę to po prostu igranie ze śmiercią! Czy to tak trudno to zrozumieć?

PS. Najlepszy dialog kierowców „mobili” czyli cieżarówek:
– Uważaj, bo tam jakiś na rowerze nieoświetlony jedzie…
– To przejedź ch….!
– Nie no, nie można wszystkich rozjechać, ktoś musi w tym kraju pracować…