“Palikot wstrzyma zalew Polski starymi autami”, „Palikot chce haraczu za tanie auta”, “Komisja Palikota zatrzyma import używanych aut” – to tylko niektóre tytuły newsów z gazet i internetu po zapowiedziach dziarskiego posła PO o wprowadzeniu opłaty importowej za używane auta. Czy tym razem uda się przechytrzyć zaradnych rodaków, którzy notorycznie zaniżają wartość sprowadzanych pojazdów?

Pomysł jest prosty – zamiast akcyzy komisja Palikota chciałaby wprowadzić jednorazową, stałą opłatę za nowo rejestrowany samochód w wysokości 500 euro (czyli ok. 1900 zł) – na tyle dużo, by nie opłaciło się już sprowadzać starych Cors, Golfów czy Astr, na tyle mało, by przy nowszych samochodach mogło to rzutować na ostateczny koszt sprowadzonego do Polski używanego pojazdu. Brzmi nieźle, ale czy przy okazji nie wylano dziecka z kąpielą?

Zgodnie z unijnym prawem jednakową akcyzą objęte są wszystkie auta – i nowe i używane. W przypadku samochodów o pojemności silnika do 2 litrów wynosi ona 3,1 proc. wartości, powyżej 2 l – 13,6 proc. Nie jest tajemnicą, że wartość sprowadzanych, używanych aut z zagranicy jest zaniżana, stąd właśnie pomysł uszczelnienia systemu. A co z nowymi samochodami? Czy w tym przypadku budżet państwa nie odnotuje strat? Przyjrzałem się bliżej strukturze sprzedaży nowych aut w Polsce i… pierwsze zaskoczenie! Przez 3 kwartały 2008 r. sprzedano u nas zaledwie 15,7 tys. aut generujących największe wpływy do budżetu (z silnikami powyżej 2 l pojemności). Przyjąłem średnią wartość takiego auta 80 tys. zł, co daje 170 mln zł wpływu z akcyzy. W tym samym okresie znalazło się ok. 225 tys. klientów na samochody o pojemności do 2 l – tu przyjąłem średnią wartość pojazdu 40 tys. zł (a więc z 288 mln zł z akcyzy). Według moich wyliczeń na nowych autach budżet zarobił 458 mln zł.

Okazuje się, że przy proponowanej przez komisję Palikota opłacie wpływy czerpane ze sprzedaży nowych aut byłyby porównywalne – ok. 457 mln zł (240,7 tys. aut x 1900 zł), przy czym małe samochody musiałby nieznacznie zdrożeć (ok. 600 zł), a drogie mogłyby stanieć.

Szacuje się, że w tym roku liczba sprowadzonych do nas „używek” przekroczy 1 mln (w ciągu 3 kwartałów sprowadzono już 840 tys. aut). Gdyby trend ten się utrzymał, wpływy z palikotowego podatku wyniosłyby 1,9 mld zł. Oczywiście, nie opłacałoby się już sprowadzać najtańszych, niespełniających żadnych norm emisji spalin samochodów za kilkaset euro, ale chyba oto przecież chodzi! Nie jestem przeciwnikiem kilkuletnich, bezwypadkowych zadbanych aut z importu, lecz tych, które długo już nie pojeżdżą, a potem zapełnią i tak mocno zanieczyszczone lasy… Szkoda tylko, że taka propozycja padła tak późno…

Piotr Burchard